MICHAŁ CHOJECKI
"wióry"
czyli szkice, notatki, mysli

(plik utworzony 7 kwietnia 2007, 17:47:24)


1.
Ja jestem konserwatystą. I to stwierdzenie pewnie będzie najbardziej kontrowersyjne dla wszystkich, którzy mnie znają i którzy znają moje prace. Ja - orędownik wsytzkich awangard i najdziwniejszych z możliwych dziedzin sztuki. Zwolennik sztuki - antysztuki. Jest to moje przekleństwo, moim przekleństwem jest może brak refleksji publiczności? Publiczność jako zmanierowany spektator, konsument sztuki? Jestem człowiekiem zawieszonym gdzieś w odmęcie historii sztuki, kultury i tradycji. Z każdym dniem coraz bardziej się w tym zapadam i może, kiedy ten tekst trafi już do Waszych rąk, będzie zupełnie nieaktualny i już nikomu nie wyda się problematyczny. Może juz uda mi się zmusić spektatorów do refleksji, może sam się wycofam. Co zrobić? Może wystarczy odrobina publicznego uznania, taki artystyczny samogwałt...
2.
Problem rodzi się w momencie, gdy kończy się "heroiczny okres walki o". Co zrobić z awangardą, gdy została ona juz całkowicie zaakceptowana, przetrawiona i zasymilowana? Co po awangardzie? Co gdy nic nie dziwi, gdy nic nie jest nowe? Czy nie wchodzimy w okres samozniszczenia? Bunt we współczesnej sztuce polega nie na burzeniu tradycji i niszczeniu przeszłości, ale na walce o to, aby jej nie zatracić. Buntownikiem, odrzuconym, niezrozumiałym staje się ten, kto walczy o tożsamości samego siebie i swojej plastyki. Z potocznego języka zniknęły takie hasła jak plastyk, a słowo artysta rozumiane jest pejoratywnie i używane do wyśmiania i zniekształcenia. Może, więc rolą współczesnej, aktualnej sztuki, jest bronić jej przed samą sobą?
3.
Brzozowski: "W sztuce, która odtrąciła malarstwo, w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu, negując je wprost czy bezpośrednio, zaistniała sytuacja, kiedy każde zjawisko antysztuki w bardzo krótkim czasie staje się sztuką odrzucona z kolei przez nową antysztukę. (...) Będąc namiętnym odbiorcą "sztuki bez precedensu", wierzę, że w latach, które przyjdą, wystąpią zjawiska nieoczekiwane, o działaniu ostrym, pozwalającym zaiskrzyć się nieznanym dotąd błyskom w naszej świadomości. (...) Myślę również, że prawdopodobnie dwie aktualne tendencje nie wyczerpały jeszcze swoich możliwości odkrywczych. Pierwsza, to wszelkie odmiany sztuki konceptualnej i jej pochodnych. Zapewne elitarny charakter jej odmiany zostanie zachowany do końca. Druga, to sztuka wprzęgająca zawrotne osiągnięcia techniki do swoich realizacji. I to zapewne będzie sztuką dla mas.
Osobiście, malując obrazy dość staromodne, czuje się jak szczur na tonącym statku. To nawet interesujące."
4.
Wiara w sens malowania zamiast dyskursywnych definicji i manifestów. Mozolne konstruowanie
5.
Ja bym najbardziej chciał, aby to malarstwo było postrzegane medytacyjnie. Jest to chyba najważniejszy w tej chwili postulat sztuki plastycznej. Sugerując powrót do percepcji intymnej, osobistej i cichej... Bez refleksji nie ma szans na głębsze odczucie, wyzbyte więzów formalnych czy ograniczeń związanych z przekazem słownym. Sęk tkwi w odrobinie dobrej woli, w naiwnym czasem zawierzeniu malarzowi i zatopieniu się w percypowanym obrazie, przy jednoczesnym pozbawieniu celebracji. Stąd imperatyw intymności.
6.
Brzozowski: "Będąc świadom swojej niezdarności i niezaradności [...], instynktownie broniłem się przed jedynie możliwą w tych warunkach, naiwna transpozycją myśli naukowej na malarstwo. Podobnie traktowałem pokusy transpozycji takich czy innych postaw filozoficznych. Bałbym się jednak zaprzeczyć, że mimo kłamliwie świadomego oporu, nie można odnaleźć w tym, co robie śladu, a może i wielu śladów tych ścieżek ludzkiej myśli, które krążą, niekiedy bardzo blisko, wokół Pascala."
7.
Przyjmując zakład Pascala za pewną bazę, wchodzimy w sferę angażującą wrodzoną naiwność. Taka wiara oparta na założeniach apriorycznych jest również bardzo potrzebna w przypadku percepcji sztuki plastycznej. Nie mogę się zgodzić jednak na brak refleksji, bezrefleksyjność jest źródłem nieporozumień wobec malarstwa. Produkcja nie jest tożsama z twórczością. Jeśli kosmos zrodził się z jednej cząstki, z jednego wybuchu, tak i ja potrzebuję tego jednego, niekoniecznie racjonalnego impulsu do mojego "mozolnego konstruowania". Dopóki sztuka jest lokowana w obszarze kultury, musi być traktowana nad wyraz delikatnie.

WIÓRY

Frustrujące myśli są jak pasożyt. Próbujesz się ich pozbyć za wszelką cenę, twoje działania kierunkują się przeciwko temu bytowi funkcjonującemu twoim kosztem i dzięki tobie w tobie. Uczysz się z nim żyć i zaczynasz z nim współpracować. Powoli, po cichu, z pogodną rozwagą akceptujesz go i nawet zaprzyjaźniasz się z depresyjnym tasiemcem twojego trwania. I wtedy pojawia się moment, w którym pasożyt rezygnuje z ciebie, ze swojego żywiciela. Gdy się go w końcu pozbędziesz, gdy zapomnisz o frustrujących myślach, okaże się, że nie potrafisz bez nich rozpoznać przestrzeni wokół. Świat widziany oczami przyzwyczajonymi do deformacji, jawi się jako zatrzymany w swoim istnieniu, jako zatrzymany na jednej klatce film. Żywiciel ex-frustrat, czyli bohater uwięziony na kliszy niezmienności, zamknięty w wyjałowionej z emocji klatce filmu codzienności. Co robić?
Sztuka jest jak pasożyt. Depresyjne wizerunki, monumentalne figury straszące mnie w pracowni prześladuję moje codzienne myśli. Od pierwszego skojarzenia po przebudzeniu do wizualizacji przed i w czasie snu funkcjonują w jaźni i karmią się moim codziennym trwaniem. I boję się tego momentu, kiedy zrozumiem "to coś" i sztuka jako kuracja emocjonalna nie będzie mi juz potrzebna. Ale kto wie... Co robić?
Najgorszym momentem w życiu artysty jest chwila, gdy ktoś nagle przyznaje mu rację. Wtedy wali się świat, wtedy popadają się w ruinę dotychczasowe priorytety. Co zrobić, gdy ktoś przestaje już postrzegać cię jako antagonistę, jako śmiertelnego wroga? Brzozowski pisał, żalił się raczej, że ludzie postrzegają go jako klasyka, a przecież przed chwilą był jeszcze "malarzem nowoczesnym".
Czuję jakieś rozdwojenie, dualizm w podejściu do spraw tradycji. Spróbuję to klarować w trakcie pisania. Jestem głęboko przekonany, że wagi tradycji w wychowaniu artystycznym nie należy bagatelizować. Jest niesamowicie potrzebną sprawą studiowanie i poznawanie tradycji artystycznej, w której się żyje. Constable pisał: "Za każdym razem, gdy zabieram się do szkicowania z natury, próbuję zapomnieć, ze widziałem kiedykolwiek jakiś obraz". Jest w tym bardzo głęboki sens. Obiektywny obserwator zawsze zauważy różnicę miedzy kimś, kto próbuje zapomnieć, a kimś, co nigdy nie widział. Sztuka nie może być system konwencjonalnych elementów zaczerpniętych z tradycji, bo wtedy przestaje być sztuką. Proces kreacji artystycznej musi być wolny.
W tym leży problem wielu twórców, na tym zawsze polegał problem autentyczności artystycznej. Upadek tradycji i dylematy sztuki współczesnej zaczynają się w momencie, gdy artysta staje się wyrazicielem swojego jedynego wrażenia, czy to zmysłowego, wzrokowego, czy duchowego, wrażenia, które nigdy wcześniej się nie pojawiło, ani które nigdy się juz nie powtórzy.
Tak niemodna i wyśmiewana dziś wiara w artystę, może i nieprzystająca do czasów, w jakich przyszło nam funkcjonować, może stać się za jakiś czas tych właśnie czasów najlepszym buforem. Sztuka oparta na nowych technologiach jest niezwykle atrakcyjna i bardzo powabna dla wielu, niekoniecznie będących w stanie zrealizować wszystkie warunki widza, o którego dla swojej plastyki postulowałem. Jednak bezwzględne zawierzenie technologii jest o tyle ryzykowne, że jeden najmniejszy błąd w cyfrowym świecie powoduje rozpad całego mechanicznego organizmu.

KRYTYKA

"Czy jest w porządku, aby autor był bezbronny wobec krytyka? Dlaczego niby mam się godzić bez protestu aby mnie sądził publicznie p. X, który, być może, posiada mniej wiedzy o życiu ode mnie, a juz na pewno prawie o wiele mniejsze ma pojęcie o tym, co jest moją - nie jego - problematyka? Dlaczego to opinia p.X, która jest ostatecznie jedną więcej prywatną opinią, ma być wyniesiona na wyżynę wyroku przez sam fakt, że on pisuje w gazecie? Dlaczego mam znosic tę arogancję i impertynencji, to pośpieszne niechlujstwo mieniące się krytyką? Czyż, gdybym zgodził się na podobna zależność od sądu ludzkiego, nie byłbym w sprzeczności z zasadniczym dążeniem mojego utworu, który miał mi zapewnić swobodę i suwerenność - przysporzyć mi "pewności siebie"? Ale przede wsztyskim zadałem sobie pytanie [...] czy jest w porzadku, aby autorzy przybierali minę podczas pisania jak gdyby krytyka nic ich nie obchodziła, jak gdyby owe osądy działy się na innej planecie - gdy w rzeczywistości wszyscy piszemy dla ludzi, sąd ich jest decydujący, lęk przed nim - dominujący. Te zaś pytania o tyle bardziej dotkliwe, że będąc autorem prawie nieznanym i pozbawionym autorytetu, pisałem książkę bezczelnie śmiałą i prowokującą [...]"
Według mojego rozumienia, Gombrowicz buntuje się nie przeciwko krytyce jako takiej, lecz przeciwko fałszowi, który wkradł się i zadomowił w codzienność krytyki literackiej i artystycznej. Tak twarde postawienie sprawy to sprzeciw wobec niedouczenia, wobec dyletantyzmowi, wobec arogancji. Strach przed osądem krytyka - sędziego sztuki - to także strach przed wypaczeniem siebie samego. Z jego książek płynie przecież ostrzeżenie przed wszechmocną Formą, ostrzeżenie: "czlowiek człowieka stwarza". Sądy arbitralne na temat dzieła, to budowanie systemu, który ukraca konteksty, a co za tym idzie spłyca autora. Uniwersalizm i stwarzanie kategorii to pułapka także dla odbiorców.
Czytam dalej: "Publiczność pragnie byc informowana przez prasę o książkach, które się ukazują. Stąd powstała gałąź krytyki dziennikarskiej, obsadzona przez ludzi mających stycznośc z literaturą. Lecz gdyby ci ludzie mieli naprawdę coś do zrobienia na terenie sztuki, gdyby w nim zapuścili korzenie, na pewno nie poprzestaliby na tych artykulikach - więc nie, to są prawie zawsze drugo- i trzeciorzędni literaci, osoby pozostające tylko w luźnym, raczej towarzyskim, stosunku ze światem ducha, osoby nie będące na poziomie sprawy, którą mają referować".
Trzymając się dalej pozycjonowania na drabinie umiejętności, Gombrowicz pisze: "[...]aby sądzić Norwida, [krytyk] musi być powyżej Norwida. Ten zasadniczy fałsz wywołuje nie kończący się łańcuch dalszych fałszów. I krytyka staje się właśnie zaprzeczeniem swoich najgórniejszych pretensji."
...I w końcu: "Chcą być metodyczni, fachowi, obiektywni, sprawiedliwi". Jestem przekonany, że talent autora-artysty, indywidualnośc ukryta w geście i we własnej łapie, posługującej się piórem pisarza czy piórkiem rysownika, sprawia, że metoda, technika, warsztat nie ma znaczenia w momencie powstawania dzieła (komunikatu). Powoływanie obrazu czy tekstu do istnienia nie jest procesem czystto technicznym, technika tylko służy - kązdy ją wykorzystuje tak jak umie - do wydostania się komunikatu -myśli, obrazu - ze mnie. Zatem analiza pod względem metodycznośći i fachowości, szukanie obiektywizmu, musi tylko zahaczać o złożoność dzieła i musi rodzić oceny fałszywe, bo kategoryzujące, a oparte na niepełnych "danych".
"Pisać o literaturze jest łatwiej niż pisać literaturę -w tym sęk. Więc ja, na ich miejscu zastanowiłbym sie jak wybrnąć z tej hańby, której na imię: ułatwienie. Ich przewagi sa bowiem natury czysto technicznej. Głos ich rozlega się nie dlatego, aby był potężny, a tylko dlatego, że pozwolony im przemawiać przez megafon [...]".
Krytyka legnie pod tak intensywnym ostrzałem. Pozostałoby to problematyczne, gdyby nie osobowość Gombrowicza, z całym - jakże mozolnie konstruowanym - indywidualizmem. Tym wiecznym "ja", wplątywanym, podszywanym i pałętającym się między palcami, między nogami... Ja - to jest coś, co pozostaje niezmiennie aktualne. Ja - to jedyny komunikat, który nie jest fałszywy. Ja - czyli sytuacja, w której nie istnieją sprzeczności.
Fenomen pisarstwa Gombrowicza polega na tym, że całą swoją postawą i twórczością stworzył człowieka, który może pozwolić sobie napisać: "[...]nie sądź. Opisuje tylko swoje reakcje. Nigdy nie pisz o autorze ani dziele - tylko o sobie w konfrontacji z dziełem albo autorem. O sobie wolno ci pisać. Ale pisząc o sobie, pisz tak aby osoba twoja nabrała wagi,znaczenia i życia - aby stała się decydującym twoim argumentem. Więc pisz nie jak pseudo-naukowiec, ale jak artysta. Krytyka musi być natężona i wibrująca jak to, czego dotyka - w przeciwnym razie staje się tylko wypuszczaniem gazu z balonu, zarzynaniem tepym norzem, rozkładem, anatomia, grobem."

OBSESJE

Opierając swoje działanie na haśle "mozolne konstruowanie", zakładam jakby a priori wielokrotne reinterpretowanie, ciągłe repetycje tematyczne. To, co mnie gryzie, co mnie zjada od środka, to nie są za każdym razem nowe problemy, to ciągi nawracających schorzeń, nieustannie napadających na mnie instynktownych przeczuć.
Jednym z najdziwniejszych doznań mojego dzieciństwa były sny związane z chorobami. Prawdopodobnie wynikające najzwyczajniej z dużej gorączki, zawsze jednak poprzedzające wizytę u lekarza i znamionujące ten sam zawsze wyrok: angina. Zanim moja matka usłyszała to z ust lekarki, ja wiedziałem już o tym dzięki powtarzającym się wizjom, które nawiedzały mnie wcześniej - traktowałem to jako przepowiednię, do której tylko ja mam dostęp, jako tajemnicę. I w tej tajemnicy była pewna magia, gdy teraz próbuje sobie przypomnieć to wrażenie, na myśl przychodzi mi toczący się "wał" po ulicy i ja, próbujący przed nim uciec. Lecz ani ten wał się nie posuwa naprzód, ani ja tym bardziej nie mogę przed nim uciec, nie mogę się ruszyć i w niezrozumiały dla mnie sposób ten przewalający się kształt czy masa, bez wyglądu, bez żadnych cech, jest coraz bliżej i bliżej. Z biegiem czasu rzeczone wizje stały się obsesjami regularnie powracającymi - zawsze w przeddzień ataku choroby. I tak się do tego przyzwyczaiłem, że w pewnym momencie chyba wygadałem się nawet mojej matce, ze wiem coś, czego ona się nie spodziewa. I kilka godzin po tym złapała mnie jakaś infekcja.
Świat dziecka jest pełen najróżniejszych urojeń, najdziwniejsze jest jednak to, że gdy znajdujemy się w kwiecie wieku, te obsesje potrafią powracać i przypominać o tamtych, dziecięcych wrażeniach. Teraz zdarza mi się często, kładąc się spać, doznawać wrażenia podobnego tamtemu i staram się łapać z całych sił każde mgnienie uczucia, zastygam w bezruchu w oczekiwaniu na ten toczący się "Wał". Jest to obsesja, jest to ślad pewnego wyrytego gdzieś w mojej świadomości głębokiego przeświadczenia, o wizji w pełni znajdującej odzwierciedlenie w rzeczywistości. W świecie dorosłych, gdzie wizyjność jest wsadzana wśród bajki, to szczególnie cenne wspomnienie.
Wierzę, że sztuka jest również oparta na powracających obsesjach. To właśnie jest przestrzeń, podobna do tego, co nazywam "wałem" - sprzeczność zachodząca między jego toczeniem się i pozostawaniem w bezruchu, to dokładnie analogiczna sytuacja do drążenia zagadnień plastycznych. Powtarzające się motywy, umowne sytuacje na płótnie, niczym niewytłumaczone, intuicyjne działania - to jest nic innego jak operowanie obsesjami, których nie da się ująć w ramy pojmowania liniowego. Jest to klasyczny przykład sporu z wykładowcami akademickimi, których ja osobiście nie znoszę, za to obnoszenie się z uniwersalnością, abstrakcyjnością i chełpienie się swoją "dorosłością".
Mozolne konstruowanie to maksymalne otwarcie swojej głowy, to świadomość swego ciała, swojej ręki i techniki, którą się posługuję. Mozolne konstruowanie, to wyginanie siebie i trwanie. Jeśli powołuję do życia termin Wszystkość, rozumiem go jako rzeczywistość zastaną, przeszłą, przyszłą, obsesyjna, widzialną i urojoną, jako rzeczywistość umysłową, zakładam jednoczesne jej trwanie, obalanie i budowanie. Wszystkość to zjawisko, aura, stan, w którym nie istnieje pojęcie sprzeczności, to harmonia wielu nakładających się obsesji i ich współbrzmienie.

SEKWENCJE

Właściwie nic zmienić nie można
Wszystko dzieje się samo, bo musi
My robiąc coś, myśląc, że tworzymy
Multiplikujemy tylko tandetę

Ja myślę sekwencjami, rosnę i gdy dorastam i jestem duży, próbując cos zmienić, chwieję kolumną i osuwam się na dół. Gdy jestem wielki, naturalne jest niszczenie, łatwe jest to, co jest złe, trudne jest to, co jest dobre, twórcze.
Będąc wielkim najłatwiej coś zepsuć.
W przypadku prawdziwej twórczości ewentualne profity są najczęściej moralne, raczej niebezpieczne dla szaraków.
Mrożek (z listu do Skalmowskiego):
" Czy już pisałem albo mówiłem Ci, że wszystkie wzniosłe bunty przeciw "Bogu", "Egzystencji", "Życiu" kończą się biciem bliźniego swego po mordzie? To zrozumiałe, ponieważ jak tu, gdzie tu dopaść Boga, gdzie przydybać Egzystencję, jak dorwać się do Życia. Natomiast bliźni zawsze jest pod ręką i można sobie ulżyć. Przyszła mi kiedyś definicja "człowieka dobrego". Dobry człowiek to taki, który nie mści się na nikim za swoje życie. Niby niewiele, ale kto wie, czy nie bardzo dużo."
31.01.2008

---------------------------------------
Mrożko-Skalmowskie postaci to ludzie z klasą. Jedną z najważniejszych myśli , jakie mi sięnasuwają po lekturze ich korespondencji, to pogarda dla chamstwa. Cham, prostak, półinteligent - jakże ekspansywne to figury i jak trudno się im przeciwstwaić! Tylko niezależnośc intelektualna i Myśl są w stanie mnie/nas uratować. Rozglądając się dookoła - nie dbam teraz o to, że zostanę zaraz nazwany przemądrzałym, ale tu chodzi o higienę emocjonalno-intelektualną - widze ludzi, u których brak manier i odruchy bezmyślnych, bezrefleksyjnych spazmów zastępują najprostszy akt myślenia. W powszechnej wymianie informacji, lawinie często sprzecznych danych, najczęściej rację przynaje się temu, kto jest głośniejszy. Nie mówię, że nie może mieć on racji, ale dużo łatwiej jest mi uwierzyć osobie, która zachowuje dobre maniery, niż osobie, która swym działaniem prowadzi apologię chamstwa. Owszem, parobek tez może mówić prawdę o jednym, ale ciężko mi jest się do niego przekonać, gdy widzę jak robi coś innego bezmyślnie. Dużo łatwiej uwierzyć mi w tezy, które sa wynikiem refleksji, akcji myślowej, niż w tezy, o których genezie nic nie wiem, lub budzi ona moją odrazę (estetyczną, moralną - jakąkolwiek). W większej skali - ogarnięcie wszytskich danych ze wszystkich źródeł jest zupełnie niemożliwe, o uporządkowaniu i weryfikowaniu lepiej nie mówić... Zdaję sobie sprawę, że narażam się na jakieś straty, że z góry odrzucam też i (prawdopodobnie) wartościowe informacje, ale dla najprostszej higieny umyslowej muszę odrzucić to, co prostackie, wulgarne i wynikłe z odruchu, nie z wyboru. Choćby tak prosta i elementarna rzecz, jak dobre maniery czy umiejętność zachowania się wobec innych ludzi, sprawia, że podchodzę do osoby reprezentującej te wartości, jak do człowieka, któremu warto zaufać, bo reprezentuje klasę, broni jakości i poziomu - takim osobom łatwiej uwierzyć, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że myślą!

1) NIE dla wulgarności, chamstwa, prostactwa.
2) NIE dla bezmyślności, bezrefleksyjności.
3) NIE dla deformacji, zniekształcień, przeinaczeń, nie dla dowolności interpretacyjnej.
4) Apologia dobrych manier (w kontaktach z ludźmi), zasad poprawnego wyrażania się i ścisłego posługiwania językiem (w trakcie kontaktu z ludźmi) - gramatyka, ortografia, fleksja...
5) Lęk przed śmiesznością, nudzeniem.

Wiara jako akt myślowy.
1)Jestem przekonany, że akt wiary jest czynnością umysłową. Nie nalezy tego rozumieć, jako działanie racjonalne, ale dobrowalne przyjęcie jakiejś tezy, mimo braku wystarczających dowodów.
2) Gdy piszę o wierzę, o jej mechanizmach, jest to ważne dla mnei zarówno w kontekstach religijnych jak i w sprawach kontaktów międzyludzkich. Budowanie wartościowej (otwierającej nowe mozliwości) relacji to poddanie się przekonaniu (wierze), że ta druga osoba ma coś do zaoferowania, czego w tej chwili nie jestem w stanie stwierdzić. Naiwność (w rozumieniu pozbawionym pejoratywności).
3) Wiara jako czynność umysłowa - rozpatrzenie wszystkich za i przeciw, stwierdzenie o niewystarczalności dowodów i mimo wsytzko przyjęcie tezy - jest w moim przekonaniu zjawiskiem bardzo cennym. Odwaga - jakże zdeformowane w potocznym rozumieniu pojęcie!
4) Nie mogę mieć do nikogo żalu za to, że reprezentuje inną opcję światopoglądową, postwę życiową czy cokolwiek innego, jeśli to sam wybrał (czyt. przeprowadził operację intelektualną, która go do tego doprowadziła). Dla mnie jest to kontakt również bardzo cenny, gdyż sprzyja weryfikacji własnych poglądów (właśnie przy pewnośći, że poglądy przeciwnika nie są ślepe, puste, płaskie, bo mają genezę intelektualną). Natomiast bardzo często spotykam ludzi o podobnych do mnie poglądach, którzy tę swoją postawę opierają na przyjęciu zastanych i gotowych form. Jest to o tyle niebezpieczne, że przy bliższym zetknięciu z taką osobą okazuje się, że stąpamy po grząskim gruncie lub wpadamy w bagno, bo ziemia nie została utwardzona w procesie myślenia.
Jedna z tradycyjnych wartości, które są znakiem dawanym na zewnątrz, że dana osoba reprezentuje przyzwoity poziom intelektualny jest sposób wyrażania się, czyli komunikowania. Przyłożenie większej wagi do jakości komunikatu jest sposobem wyróżnienia wiadomości pośród ogólnej tandety i zalewu informacji-śmieci. Warsztat, technika i sprawność. Opanowanie, czyli pościągliwość! Oto ważne cechy dla emitującego komunikaty (czyli dla artysty także). Nie produkować śmieci - ot, co. Tylko tyle, albo aż tyle.
Rilke: "Kto mówi o zwycięstwach? Przetrwać, oto wszystko."
9.II.2008




>> strona główna




-----------------------------------------------------------
Zamieszczone na tej stronie teksty podlegają ustawie o ochronie praw autorskich, ich kopiowanie, przetwarzanie i używanie bez zgody autora bądz właściciela jest karane!